piątek, 8 marca 2013

Czapkofilia, kotomania i Stumilowy Las

No i masz... od bloga się odzwyczaiłam :-/
Nie ma rady, starocie Wam będę pokazywać, które można już było podejrzeć tu i ówdzie, ale resztki wewnętrznej dyscypliny nie pozwalają mi przejść dalej, jeśli z mojego uzależnienia od nordyckich czapek się nie wyspowiadam.
Pierwsza nie będzie wcale nordycka, jeno swojska całkiem, bo zainspirowana pewna kocią rodziną, którą od miesięcy obserwujemy przez okno naszego mieszkanka. Młode wyglądają wypisz wymaluj jak te na czapce i ku naszej uciesze wyrosły już na zdrową kocią młodzież mimo tego, że grudniowe i że do miski brnęły w zaspach po uszy (kocie).
Do czapki wykorzystałam schemat Shadow Cats, chwyciłam za szarą i czarną alpakę Artesano z zapasów, druty 3mm i wydziergałam takie coś:



Zarówno koty brukselskie jak i mamine zignorowały kompletnie tę deklarację solidarności i na czapkę nawet nie spojrzały. Zauważyłam natomiast, że za jej pomocą można łatwo wyłowić z tłumu kociego fanatyka - zagapia się na czapkę, a potem szturcha partnera, jeśli ten jest akurat w zasięgu szturchańca :)
Jeszcze jedna odsłona z dedykacją dla wielbicieli kotów:


I jeszcze zdjęcia przyrodnicze ze spaceru naszą ukochaną aleją bukową. Było to parę tygodni temu więc gdzieniegdzie leżało jeszcze troszkę śniegu, który podkreślał naturalne odcienie brunatnych drzew, mchu i rdzawych liści...


Nie wiem, czy też tak macie, ale takie widoki od razu przetwarzam na kolory przędzy i planuję kolejne farbowanki. :)


Trudno się oprzeć sugestywności niektórych form... Czyżby czarci pazur? :)


Miejsce jest dla mnie magiczne, szczególnie po tym, jak wypadło nam wracać tych kilka kilometrów przez las w ciemnościach, spotykając po drodze jednego tylko ducha, całe szczęście żywego...

Jeszcze kiedyś pomęczę Was zdjęciami ze Stumilowego Lasu, ale póki co wracam do tematu.

Otóż przed wyjazdem do Polski postanowiłam, że walczyć ze sobą nie będę i poświęcę ten czas na to, co ostatnio lubię najbardziej - czapki ze wzorami wrabianymi. W tym celu z czytadeł zabrałam ze sobą wyłącznie "Nordic Knitting Traditions", którą to książkę znacie już z poprzednich postów, zamówiłam różne odcienie włóczki Drops Delight oraz Drops Baby Merino, których nigdy wcześniej nie używałam i wzięłam się za robotę.
Dla rozgrzewki wydziergałam najpierw czapkę Montreal wg darmowego wzoru Dropsa.


Czapka ma trochę dziwny kształt - ten sterczący czubek nie do końca mi się podoba. Podglądałam inne realizacje i zdaje się, że to efekt niezależny od tego, że robiłam ją trochę za ścisło. Druty 3.5, według zaleceń.


Co do włóczki to przejścia kolorystyczne w Delight Dropsa są przepiękne, żadnych przykrych niespodzianek. W połączeniu z baby merino tworzy mięciutką, bardzo miłą w dotyku dzianinę. Jedyny problem jest taki, że wydaje mi się bardzo słabo skręcona, przynajmniej dla naszego, europejskiego sposobu dziergania. Miejscami kompletnie mi się rozkręcała. Całe szczęście to mocna nić, choć pojedyncza, więc nie rozpadnie się w rękach, ale trochę mnie to irytowało. Trochę bardzo nawet...
Popatrzcie jeszcze na mój ulubiony element konstrukcji, czyli dekielek :)


Wzór kolejnej czapki pochodzi ze wspomnianej książki Susan Anderson-Freed, której jestem wielka fanką - pięknie wydana, jasne instrukcje, bardzo dobrze uporządkowany materiał, no i wzornictwo, które mnie oczarowało. Dopiero teraz doczytałam, że autorka - profesor informatyki i emerytowany nauczyciel akademicki - pracowała nad tą publikacją podczas chemioterapii i niektóre wzory nazwane są nawet imionami pielęgniarek, które wspierały ją w chorobie i zachęcały do realizacji tego projektu. Aż trudno uwierzyć, że tak bajeczne pomysły mogą przyjść do głowy zajętej walką z ciężką chorobą. Podziwiam ją za talent, pogodę ducha i siłę charakteru i trzymam kciuki za wyzdrowienie.

barwy w rzeczywistości cieplejsze
Wzór to Susan's Storm Hat. Tym razem zrobiłam dłuższy ściągacz i wybrałam grubsze druty (2.75) niż w pierwszym projekcie z tej książki. Bardzo podoba mi się ta forma - dość obszerna, ale wciąż trzyma fason.
Nie może, rzecz jasna, zabraknąć zdjęcia pokrywki (nie spać! zwiedzać! ;) ):


To tyle na dziś, bo nie chce Was całkiem moją czapkofilią zniechęcić. Kolejna porcja w następnym poście, a potem to już o przędzeniu małe co nieco, bo właśnie dotarł do mnie karton wszelakiego dobra owcopochodnego. Będzie się działo, obiecuję to mojej śmiertelnie znudzonej Sonatce i sobie samej :)
Miłego weekendu!

wtorek, 12 lutego 2013

Palmy, gazele, karmele...

Słabo mi ostatnio idzie - i dzierganie, i blogowanie... Za to w tym zimowym rozmemłaniu mam doborowe towarzystwo, bo co chwila ktoś tu narzeka, że mu mocy brak :)
Powinnam jak najszybciej wrócić do przędzenia, bo to jest idealne zajęcie, jak człowiekowi markotno i na nic konkretnego nie może się zdecydować. Włóczka się przędzie, a w głowie powoli się wszystko układa. No może nie zawsze, i nie wszystko... ale spróbować warto ;)
Dzisiaj pokażę zaległości, bo ostatnio wykręciłam się sprytnie skarpetkami i przemilczałam resztę.
A ta reszta to przede wszystkim egipskie gazele, roboczo nazywane przeze mnie lamami póki nie wyczytałam, co to za zwierz.

 
Bardzo lubię wyszukiwać takie mniej znane wzory, a ten w dodatku ma swoją długą historię.
Motyw został zaczerpnięty ze średniowiecznych dziecięcych skarpetek bawełnianych, które ktoś zobaczył w Muzeum Tekstyliów w Waszyngtonie, zachwycił się i postanowił je opisać i odtworzyć. Oryginał wyglądał tak:

Image source here

i pochodzi z Egiptu, z okresu pomiędzy XI a XV wiekiem. Nigdy nie zgłębiałam historii ubioru ani wzornictwa, więc możliwe, że moje zaskoczenie urodą, subtelnością i skomplikowaniem tego elementu garderoby jest nieuzasadnione. Wciąż jestem jednak pod wrażeniem, że skarpetka wykonana setki lat temu, w dodatku dla dziecka może być tak pięknym obiektem.
Bardzo mi się podoba to odejmowanie oczek na palcach - takie gwiaździste jak w czapkach. Prawda, że ładne?
Zainteresowanym polecam przejrzenie dokumentacji sporządzonej przez Anahitę. Można tam podpatrzeć jej wersję skarpetek wraz z przepisem, rozrysowane wzory, no i obszernie opisany kontekst historyczny.
Czapki nie wymyśliłam jednak sama. Wzór to Oslo Cairo, troszkę przerobiony na moje i włóczki potrzeby. Musiałam skrócić czapkę o górny szlaczek, a składany "ściągacz" zrobiłam najpierw techniką corrugated ribbing (niewidoczny pod spodem, ale lepiej się trzyma łepetyny), na złożeniu dodałam rząd pikotków i dalej robiłam już według wzoru, złożyłam i zszyłam od spodu, bo w "żywe oczka" nie chciało mi się bawić.


Oslo, które pojawia się w nazwie wzoru odnosi się do konstrukcji dekielka (jest w naszym języku elegancka nazwa na to, co Anglosasi nazywają "crown of a hat"?), typowej dla nordyckich czapek:


Włóczka to Rowan Tweed DK. Uwielbiam tę paletę barw, włóczkę już troszkę mniej ;)  i pewnie jej alpacza włochatość nie bardzo się nadaje na wzory wrabiane...

zielony motek czeka na przypływ dziewiarskiej weny :)

No trudno - palmy i gazele wciąż można dojrzeć. Czapka trochę gryzie i nie pasuje mi do żadnej chusty ani szalika, a przecież mam ich sporo... więc póki co służy do patrzenia i myziania :)
Szybciutko pokażę jeszcze szyjogrzej, który miał być moebiusem, ale pod wpływem likierku się odkręcił i tak już go zostawiłam.


Założyłam go tylko do zdjęć i oddałam mojej Mistrzyni Koronki jako prezent wdzięcznościowy. i dobrze się stało, bo wygląda w nim lepiej niż ja, pasuje jej do kozaków, torebki i czego tam jeszcze... ;)


Włóczka to Phildar Givre, 70% to wełna+alpaka, reszta sztuczności. Jest bardzo ciepła i delikatna, taka moherkowa trochę.
Wzór zaczerpnięty z czapki Hinagiku Hat, opiera się na wyrabianiu 3 oczek z 3 razem przerabianych, jest prosty i bardzo ładnie się prezentuje. Korci mnie, żeby sobie zrobić drugi egzemplarz...
O kolejnej czapce (ech...) jutro, zanim wyjadę w siną dal na całe 2 tygodnie.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Skar-piętki

Skończyło się gadanie, taśma produkcyjna poszła w ruch. :) No w każdym razie, prace nad prototypem Skarpety zostały zakończone pomyślnie.
Co było marudzenia o tych skarpetkach... co się nadrapałam w głowę, z której strony je zacząć, z jakiej włóczki i jaki wzorek... I co? W końcu wzięłam taką jedną niekochaną przędzę (coś z Poltopsa, ukręcone może z rok temu), która w singlu wyglądała tak:

Ja wiem - te kolory...

 a w deblu tak:

...są "interesujące" ;)
 
Chwyciłam za druty 3,75 i zrobiłam zwyklaki z założeniem, że i tak nic z tego nie wyjdzie... I długo nie wychodziło, bo pierwsze zwątpienie przyszło w okolicach skar-pięty. Całe szczęście Chmurka przypomniała mi, że u Finextry jest przepis na piętę, więc się zapoznałam i ruszyłam z kopyta, z piętki znaczy...
Zaglądałam też do ABC robótek na drutach, bo na pięcie moje kłopoty się nie skończyły - okazało się niestety, że kształtu stopy nie da się uprościć do prostokąta i znowu coś tam trzeba na palcach zaokrąglić zanim człowiek zdejmie toto z drutów ;)
I tak sobie robiłam


aż skończyłam,


zamachałam nóżkami


i uznałam inaugurację Roku Skarpetki za zakończoną :)
Powstało też kilka innych małych form dzianinowych, postanowiłam jednak, że po wszystkich tych obiecankach-cacankach i perturbacjach skarpetkowych należy im się oddzielny wpis.
Odezwę się niedługo z resztą prezentacji, a póki co życzę miłego tygodnia. Ja umyłam okna na dobry początek. I czapkę zaczęłam...



niedziela, 27 stycznia 2013

Czapka... ale całkiem inna!

Miało być na bogato - czapka, otulacz szyjny, otulacze nożne... ale że cały dzień dzisiaj dzisiałam, czyli bardziej konkretnie - łaziłam z M. po lesie - i normy nie wyrobiłam, pokażę czapkę jeno, bo pewnie nie możecie się doczekać ;)


Początki pokazywałam w poprzednim poście i trochę ęsiłam pęsiłam na smętne kolory Jawoll Magic Dégradé - już mi przeszło :) Nie do końca mi się podoba ta kawa z mlekiem, którą czapka się zaczyna, ale im więcej na nią patrzę tym mniej wiem, o co mi właściwie chodzi. Na tło dobrałam do niej skarpetkową Regię 4-ply w kolorze naturalnym.
Nigdy wcześniej nie robiłam takich wzorów, a kusiło mnie od dawna. Od kiedy wytachałam spod choinki prezent w postaci książki "Nordic Knitting Traditions" Susan Anderson-Freed codziennie wypatrywałam sobie na niej oczy. Czapki straszliwie mi się spodobały, berety też są piękne, chociaż fason już mniej mi odpowiada, dalej idą dopasowane do nich rękawiczki i podkolanówki lub getry.
Ja zaczęłam od Jeanne's Sunburst Hat, która w oryginale wyglądała tak:


Dzierganie nordyckich wzorów z taka instrukcją to sama przyjemność, trochę jak układanie puzzli :) Jedyna trudność to nabrać wprawy na tyle, żeby dzianina była równomiernie napięta, no i okiełznać jakoś te dwie nitki. Nie próbowałam nawet dziergać na dwie ręce, co jest podobno najbardziej efektywna metodą. Ja obie nitki trzymam równolegle po lewej stronie i może nie jest to najwygodniejsze, ale właściwie przeszkadzało mi tylko w ściągaczu przy robieniu na przemian lewych i prawych oczek.
Oryginalna czapka wydawała mi się za wysoka, więc postanowiłam skrócić ściągasz i użyć cieńszych drutów - zamiast 2.75 dziergałam na 2.5. Podwójny błąd. Czapka wyszła za płytka i leżałaby lepiej, gdybym zrobiła ją na grubszych drutach. Jak widać trochę ciągnie po uszach...


Następną, a raczej "następne", bo już połknęłam nordyckiego bakcyla, zrobię bardziej obszerne i spróbuję wykombinować coś z linią wzdłuż której składa się ściągacz. Według wzoru należy zrobić jeden rząd lewymi w głównym kolorze, ale w kolejnym rzędzie nie wygląda to zbyt estetycznie...
Poza tymi tradycyjnymi "ale" jestem nią zachwycona i co chwilę oglądam ją z każdej strony, najfajniej chyba wygląda od dekielka:



Kiedyś na Ravelry natknęłam się na grupę o wdzięcznej nazwie "Show me your back side", w której można się pochwalić lewą stroną swojej dzianiny :) No to prrroszę:


I to tyle na dzisiaj, albo nie... jeszcze jedno zdjęcie ze spaceru, tym razem bez czapki, bo ma być widać las, a właściwie bukową katedrę w Forêt de Soignes. W rzeczywistości jest dużo piękniej, bardziej majestatycznie...


 To ja wracam do skarpet... Do zobaczenia się z Państwem za dni kilka :)

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Zima jest, musi być zimno

Jak można się było tego spodziewać, wracam do Was z kolejną czapką...
Ostatnio sporo czasu zajęło mi wymyślanie wzorów, robienie próbek i zabawy z nowymi technikami. Konkretnych, ubieralnych efektów tych eksperymentów jeszcze nie widać, poza tym jednym nakryciem łepetyny, z którego jestem całkiem zadowolona. Wzór listków znalazłam w specjalnym wydaniu Burdy "Druty i oczka" z 2003r i dostosowałam nieco do rozmiarów czapki.


I z drugiej strony...


I z trzeciej...


Nie byłabym sobą, gdybym nie miała do niej jakiegoś "ale"... W związku z tym, że wypukły wzór liści trochę ją poszerza chyba powinnam była to zrównoważyć ujmując kilka oczek w obwodzie.
Lekki kogut widoczny na kolejnym zdjęciu znika kiedy zakładam ją na związane włosy, więc może jednak sobie odpuszczę poprawki.


Czapkę robiłam na drutach 4,5 (ściągacz) i 6 (body).
Wciąż dziergam z zapasów włóczki własnej produkcji i, jak widać, z tej samej palety barw... I choć ewidentnie w purpurach, różowościach i fioletach niechcący utknęłam i już mnie to zaczyna męczyć, to przynajmniej wszystko, co z własnej przędzy dziergam da się w miarę harmonijnie ze sobą zestawić. :)
Tę porcję merino superwash też uprzędłam metodą navajo i jak dotąd właśnie navajo najlepiej mi wychodzi. Skręt jest zawsze przyzwoity, a włóczka sprężysta i zamienia się w ładną, gładką dzianinę. Zgrubień od łańcuszka (o dziwo)  nie widać nawet przy tak grubej przędzy (102m/100g):



To może jeszcze w motku? No co ja poradzę, że uwielbiam włóczkę fotografować...? :)


Zaczęłam też coś w rodzaju fair isle, z tą różnicą, że zamiast zmieniać kolory tła wybrałam opcję dla opornych i sięgnęłam po włóczkę, która sama się dla mnie zmienia, czyli Jawoll Magic Dégradé od Lang Yarns. Kupiłam ją kiedyś w napadzie rozrzutności, ale nie bardzo wiedziałam, co z nią zrobić - kolory jakieś smętne... Może rozjaśnione ecru będą wyglądać lepiej.
W każdym razie nie jestem przekonana do tego pomysłu, ale dziergam dalej tę nordycką czapę (jeden ze wzorów z Mikołajowej książki "Nordic Knitting") i traktuję to jako rozgrzewkę do fair isle z prawdziwego zdarzenia. O moich zmaganiach opowiem jak skończę, bo póki co wysztrykowałam dopiero początek właściwego wzoru, czyli niewiele więcej niż stan sprzed paru dni:


Poza tym walczę z pewną chustą, którą na razie tylko zapowiem, bo jest tycieńka jeszcze, pokażę jak ciała nabierze.
No i z zimą się zmagamy, bo daliśmy się zasypać w ramach solidarności z rodakami. Zaczęło się od Dodgers, co się chciała polską zimą ze mną podzielić i zrobiła mi takie coś za oknem:


I tak to trwa z przerwami do dziś... W Parc de Cinquantanaire, gdzie obfotografowaliśmy czapkę, ludzie w tym śniegu uprawiali jogging, biegali na nartach, chodzili po linach...


Psy (cudze) dostały śniegowego amoku


  a fontanna tryskała lodem


Czasami naprawdę trudno nie lubić tego miasta... no i zimy oczywiście :)







niedziela, 13 stycznia 2013

To nie jest wpis o skarpecie

Przyjmijmy, że jest to taki wpis pomiędzy zapowiedzią skarpety a skarpetą... żeby nie było, że słowa nie dotrzymuję. Ja nawet szczere chęci miałam, ale przegląd moich narzędzi pracy ujawnił braki w wyposażeniu na poziomie poniżej 2,5 a ściślej mówiąc - poniżej 2,5 z żyłką, bo ja na 5 drutach robić nie będę i już! Dziergam bardzo luźno i druty bez przerwy mi wypadają, a sposobu dziergania zmieniać nie chcę, bo całkiem się pogubię...
W każdym razie dziś udało mi się dotrzeć do pasmanterii i wyniuchać ostatnią parę w rozmiarze 2, więc jest szansa, że jutro zacznie się moja skarpetkowa droga przez mękę ;)
Póki co pokaże Wam czapkę, którą wczoraj skończyłam i z której jestem dumna jak paw.
Jak dotąd moja czapkowa twórczość ograniczała się do zestawu ściągacz+reszta prawymi, tym razem postanowiłam jednak pokombinować i czymś ją przyozdobić. Wyszło tak:




W dodatku po moich utyskiwaniach na nieczapkową aurę, wreszcie mamy co chcieliśmy - zimno jak w Suwałkach i nawet rachityczny śnieżek dziś popadał. Opatuliliśmy się zatem we wszystko, co możliwe i poszliśmy w teren. Czapa nosi się fantastycznie, jest dość obszerna i wyjątkowo ciepłodajna.


...i z całą pewnością wygląda lepiej niż jej spruta poprzedniczka, ja nawet nie będę wytykać jej wad, sami zobaczcie:


Wrzuciłam ją do szafy i czekałam aż jej się ten kogut z tyłu zapadnie, ale nic z tego, więc sprułam, bo włóczki mi było żal... Włóczka to merino superwash uprzędziona ładnych kilka miesięcy temu techniką navajo, a potem pofarbowana w garze, czym i jak dokładnie nie pamiętam... Było tego 160m/100g i do tej nowej-lepszej wersji zużyłam prawie wszystko.


Przy okazji M. sprawdził przydatność rękawiczek, które udało mi się skończyć po wielu trudach i znojach, bo ja rękawiczek z palcami to raczej jeszcze nie robiłam, no chyba że w czasach tak zamierzchłych, że już nie pomnę...


Chciałam wydziergać rękawiczki według wzoru opublikowanego przez Lete,  ale nie pasowała mi do niego wełna, no i wolałam zrobić gładkie, żeby nie gryzły się z czapką, która już jakiś tam wzór miała. Zajrzałam więc do Justyny po ogólne wskazówki, ale z konieczności kombinowałam po swojemu...
A mogę się jeszcze pochwalić przy okazji tych wdzięcznościowych rękawiczek? Tak? No to się pochwalę... 
Mikołaj, ten Święty, przyprawił mnie w tym roku o wytrzeszcz oczu. Wprawdzie spodziewałam się czegoś z tego zestawu, bo mam w zwyczaju pisać do niego listy sugerujące, ale żeby tyle... ledwo spod choiny wytachałam :) Wszystkie bez wyjątku są CUDOWNE. Bardziej szczegółowo napiszę przy innej okazji, póki co wciąż jestem oniemiała z zachwytu :)


Och... Prawda? ;)

środa, 9 stycznia 2013

Nieco czerstwy wpis noworoczny

Spóźniłam się trochę z tym noworocznym wpisem... na usprawiedliwienie nie mam nic poza moją  niesubordynowaną naturą ;).
Tak czy owak, z takim blogowym stażem jak mój to nawet głupio byłoby robić roczne podsumowania, więc jako "zamiast"  zmajstrowałam ot taki nieduży czapkowy kolaż. Bo czapki były odkryciem minionego roku - w październiku po raz pierwszy odważyłam się wydziergać nakrycie głowy. Na debiut wybrałam powszechnie znany wurm i wyszło na tyle przyzwoicie, że od razu zachciało mi się całej kolekcji... Od tego czasu powstało ich w sumie 10, z czego połowa należy do mnie i głównie zajmuje miejsce w szafie, bo w Belgii zimy w tym roku nie uświadczysz, nawet tej najbardziej mizernej.
Resztą czapek obdarowałam rodzinę, im chyba bardziej się przydadzą.


Mam nadzieję, że w przyszłym roku powstaną trzy takie kolekcje - czapek, rękawiczek i skarpetek.
To jedno z moich niezobowiązujących noworocznych postanowień. Szczególnie zależy mi na tych ostatnich, bo po pierwsze - w życiu ani pół skarpety nie wydziergałam, po drugie - wspólnie z Finextrą ogłosiłyśmy spontanicznie rok 2013 Rokiem Skarpetki, podobno Chińczycy wspominają coś o Roku Wodnego Węża, ale co oni tam wiedzą...
Nie wypada ogłaszać Roku Skarpetki, a potem udawać, że mnie to nie dotyczy, dlatego wykonałam pierwszy krok, a nawet dwa -  zakupiłam Regię skarpetkową w korzystnej cenie i dość urodziwej mieszance niebieskości, zieleni i żółtego, wzór wybrałam, teraz tylko zebrać się w sobie i wydziergać kolejny wpis...

A dziś pokażę jeszcze dawno skończone ćwiczenie z koronki klockowej, które miało być moją pierwszą serwetką, ale po zmniejszeniu wzoru o jeden raport wszystko się rozjechało i postanowiłam zrobić taką małą narożną próbkę, przećwiczyć to i owo i nauczyć się nowych sztuczek.
Długo z tym zwlekałam, bo chciałam zrobić lepsze zdjęcia, ale skoro chwilowo nie ma na nie szansy, bo koronka została w PL, pokazuję, co mam, a do tematu wrócę za jakiś czas.


Zadziwiające jest, jak sztywny jest ten cieniutki len, kiedy zdejmie się go ze szpilek. Pięknie trzyma formę bez żadnych dodatkowych zabiegów. Od samego początku używałam kilku kolorów, bo na takich niciach łatwiej obserwować przeploty i wyłapywać błędy. Teraz wcale nie mam ochoty przerzucać się na białe - podobają mi się te meandry kolorowych nitek i myślę, że przy odrobinie doświadczenia, można wydobyć z kontrolowanego (ten taki nie był...) wielobarwnego nieładu wiele piękna.
Póki co robię sobie przerwę w zabawie klockami - mój kręgosłup tego zajęcia nie polubił, więc albo zorganizuję sobie bardziej ergonomiczne miejsce pracy niż stołek barowy i deska do prasowania (!), albo będę musiała przeprosić się z kołnierzem ortopedycznym.

Z zupełnie innych przyczyn mam też przerwę w przędzeniu, która strrrasznie mi doskwiera, ale jak tylko zacznę nadrabiać zaległości, będę się z Wami regularnie dzielić wrażeniami :)

Na koniec jeszcze chustka, którą zmajstrowałam na robótkowym głodzie, zaraz po powrocie z Polski. Miało być szybko, kolorowo i przy użyciu starych zapasów...
Wyciągnęłam zatem dwa motki zleżałej Alize Lanagold fine - jeden rudy, drugi pstrokaty i popełniłam pół babcinego kwadratu z fikuśnym brzegiem wg tego wzoru


Ciepła jest i mięciutka i powstała tak jak chciałam - ekspresowo.


Kolory, mimo starań, znów nie do końca wierne. Całość jest nieco bardziej stonowana, a dominujący na zdjęciach pomarańcz jest trochę ciemniejszy i bardziej rudy.


Robótkowo to tyle na dziś. 
A przy okazji noworocznie życzę Wam dużo twórczej energii i optymizmu, wystarczająco czasu na wszystko i dużo radości z każdego osiągnięcia. Dodatkowy zastrzyk kasy też pewnie się przyda, bo przecież:


 :)